Obudzona cichutkim mruczeniem rudej kotki, podniosła głowę z poduszki i usiadła na miękkim materacu, który ginął pod toną pościeli niczym rozległy piach morski pod grubą warstwą wody. Stray leniwie ziewnęła przeciągając się do granicy elastyczności drobnego ciała. Jak zwykle jej ukochana Bastet wkradała się do sypialni białowłosej i przeszkadzała jej we śnie. Dzisiaj zmusiła ją do wstania o piątej dwadzieścia pięć, przynajmniej takowa godzina widniała na zegarku, pewnie Stray jeszcze by się zdrzemnęła, ale przeszkadzał jej poranny hałas autorstwa ojca. Pan Soul był niezłym kucharzem, ale lubił eksperymentować z przepisami, dlatego można się spodziewać latających naleśników, śpiewających tostów i ognistych jajek prosto z patelni. Tylko ten gościu potrafi doprowadzić do wybuchu przez usmażenie bekonu, do dziś nie wiadomo jakie przyprawy dodał i co zrobił.
Stray powoli ześlizgnęła się z łóżka i ruszyła wzdłuż ściany aż pod okno, gdzie rozsunęła grube zasłony zatrzymujące całe przyjemne światło dnia. Niecierpliwy brzask z niewiarygodną prędkością okolił całe pomieszczenie oślepiając na chwilę zmęczone oczy dziewczyny. Potrząsnęła głową i dalej nieco rozkojarzona udała się do kuchni, aby zjeść śniadanie. Wyminęła po drodze śpiącego Izysa oraz uporczywie miauczącą Bastet, która domagała się jedzenia. Jednakże została zlekceważona przez zaspaną Soul.
- Dzień dobry, tato - rzekła, usiadłszy przy stole.
- Dzień dobry, tato - rzekła, usiadłszy przy stole.
- Lepiej się pośpiesz, bo się spóźnisz na autobus - odparł kładąc jej plecak na stole.
- Jest dopiero wpół do szóstej - wyjęczała.
- Nie, jest znacznie później - mężczyzna spiorunował ją wzrokiem.
Stray jakoś nie wierząc w słowa rodziciela uniosła głowę. Rzeczywiście na zegarku w kuchni godzina była późniejsza i jeśli zaraz nie wyjdzie z domu ucieknie jej autobus.
- O holendra! Mój budzik został ofiarą sabotażu! - krzyknęła zestresowana. Prędko złapała swoją torbę. Wybiegła z domu tak, jak zeszła na parter, w piżamie i kapciach. Zapewne stworzyła swoją osobą nie lada frajdę innym przechodniom, ale w tym momencie zwisał jej fakt czy zrobi z siebie pośmiewisko czy też nie. Grunt, żeby dotarła do nowego liceum o czasie. Oby jej przyjaciółka miała więcej szczęścia i stawiła się wcześniej. Nie potrzeba więcej ofiar, bo Stray to jak za dziesięciu.
- O holendra! Mój budzik został ofiarą sabotażu! - krzyknęła zestresowana. Prędko złapała swoją torbę. Wybiegła z domu tak, jak zeszła na parter, w piżamie i kapciach. Zapewne stworzyła swoją osobą nie lada frajdę innym przechodniom, ale w tym momencie zwisał jej fakt czy zrobi z siebie pośmiewisko czy też nie. Grunt, żeby dotarła do nowego liceum o czasie. Oby jej przyjaciółka miała więcej szczęścia i stawiła się wcześniej. Nie potrzeba więcej ofiar, bo Stray to jak za dziesięciu.
Po jakichś trzydziestu minutach stała przed szkołą i obserwowała Słodki Amoris, liceum, którego nazwa brzmi jakby wyciągnięto ją z jakiejś mangi. Stray nie zdziwiłaby się, gdyby zaraz jakaś wróżka wyskoczyła jej zza rogu i zaczęła krzyczeć, że zbliża się Lord Voldemort.
Ale wpadła na starą wiedźm... eeee... panią dyrektor. Pani powitała ją i nakazała udać się do Nataniela, głównego gospodarza, aby uzupełnić coś w papierach. Wolała jednak najpierw poczekać na Edithinę.
Z gwoli ścisłości, załóżmy, że "Stray" to imię, zaś "Soul" to nazwisko. xdddd
I mam dwa kotki! *0* XDD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz